Ambicja, nieustępliwość i…”szydera” – przepis na sukces Michała Sawickiego, byłego trenera UKS Return Piaseczno

O swoich początkach z tenisem stołowym, o przeklinającym po polsku Chińczyku, o współpracy z Markiem Badowskim, a także o wielu innych sprawach związanych z historią piaseczyńskiego tenisa stołowego rozmawiamy z Michałem Sawickim – byłym pierwszym trenerem UKS Return Piaseczno


Jesteś osobą, która przez wiele lat pełniła funkcję głównego trenera UKS Return Piaseczno. Twoi wychowankowie w trakcie Twojej pracy sięgali po medale Mistrzostw Polski, stawali się reprezentantami kraju. Czy mógłbyś nam przybliżyć jak doszło do tego, że zostałeś trenerem tenisa stołowego?

W tenisa stołowego zacząłem grać w szkole podstawowej. Zaczęło się od zawodów szkolnych poprzez które trafiłem do KS Piaseczno. Miałem dużo szczęścia, bo zbiegło się to z przyjściem do Piaseczna Xu Kaia. Co ciekawe był to pierwszy Chińczyk w lidze polskiej. Pierwotnie miał trafić do Holandii, ale coś nie zadziałało na łączach i zamiast Holland…wyszło Poland 🙂 Myślę, że to dzięki niemu zostałem tak długo przy tenisie stołowym. Bardzo dużo się od niego nauczyłem. Byłem bardzo blisko największych sukcesów piaseczyńskiego tenisa stołowego (Drużynowe Mistrzostwa Polski, udział w Lidze Mistrzów czy pucharze ETTU). Wszystko obserwowałem z bliska, poznałem całą „kuchnię”. A było się od kogo uczyć, bo oprócz Kaia przez klub przewinęło się kilku wybitnych jak na tamte czasu, zawodników: Marcin Kusiński, Tomasz Redzimski, Grzegorz Adamiak, Jarosław Łowicki czy Filip Młynarski. Wtedy to byli najlepsi zawodnicy w kraju. Niestety sekcja się rozpadła i w klubie zostały tylko dzieci i trzecioligowa drużyna, której byłem członkiem. Zacząlem pomagać trenerom (m. in. Leszkowi Nowackiemu i Michałowi Zakrzewskiemu, któremu bardzo dużo zawdzięczam) i dosyć szybko zacząłem pracę z klubowymi młodzikami. Bardzo mi się spodobało. Starałem się poszerzać swoją wiedzę najpierw na kursach instruktorskich w Polsce, potem studiach podyplomowych aż po międzynarodowe obozy organizowane przez ETTU. I tak to się kręciło przez blisko 17 lat. Piękne, niepowtarzalne, niezapmniane chwile.

Tenis stołowy w Piasecznie ma bardzo bogatą historię, pod koniec lat 90-tych pierwsza drużyna KS Piaseczno dwukrotnie zdobywała Mistrzostwo Polski. Jak pamiętasz tamten czas? Czy masz jakieś wyjątkowe wspomnienia związane z tamtym okresem?

Oczywiście, że pamiętam. Nie zapomnę tamtej atmosfery mobilizacji, sportowej rywalizacji. Z tamtego okresu mam szereg anegdot, ale…nie wszystkie nadają się do opowiedzenia 😉 Pamiętam bieganie po Piasecznie z meczowymi plakatami, pamiętam Leszka Nowackiego jak w 1/4 Ligi Mistrzów przywitał drużyny słowami „Witamy najlepsze jedenstki Europy”, nawiązując do piłkarskiej Ligi Mistrzów. A tutaj tych zawodników było przecież po 3 🙂 Pamiętam też jak były ogromne mrozy i w piaseczyńskiej hali (mieszczącej się wtedy na 1 maja) temperatura wynosiła w granicach 12-13 stopni. Pamiętam wtedy złość Marcina Kusińskiego. Przed jednym z meczów ligowych władze klubu zdecydowały się na remont i lakierowanie parkietu. Gest zacny, ale lakier był tak nietrafiony, że zamienił podłogę w lodowisko. Tak było ślisko. Żeby podłoga była zdatna do gry, to cały parkiet „umyty” został….Coca-Colą, co skutkowało oczywiście nadmierną przyczepnością. W jednym z pierwszych pojedynków ligowych Xu Kai mierzył się z legendą polskiego tenisa stołowrgo Leszkiem Kucharskim. Kaiowi coś nie szło i w pewnym momencie krzyknął na całą salę tradycyjne, znane na całym świecie przekleństwo „ku…. mać”. Na co Leszka Kucharski odpowiedział „pierwszy raz słyszę, żeby Chińczyk przeklinał po polsku”. Czym oczywiście rozbawił piaseczyńską publiczność.

Pod Twoim okiem trenowali zawodnicy osiągający bardzo wysokie rezultaty na arenie ogólnopolskiej, wśród nich był m.in. Marek Badowski dwukrotny Wicemistrz Polski. Co miało wpływ na to, że zawodnicy trenowani przez Ciebie grali tak dobrze? Być może są inni wychowankowie, o których warto wspomnieć?

Myślę, że kluczem był tutaj zespół fantastycznych ludzi, którzy podobnie jak ja pracowali na sukces poszczególnych zawodników. W tamtym czasie byli to Maciek Chojnicki, Robert Najwer, Kamil Rogowski, Krzysztof Orman. Potem dodatkowo jeszcze Patrycja Banasiak. Każdy pracował nad określonymi elementami na danym treningu. Ja koordynowałem cały proces i odpowiadałem za ogólną strukturę treningu. Bardzo dużo czasu poświęciśmy na trening na wiele piłek. Myślę, że chyba optymalnie wykorzystywaliśmy dostępne zasoby zarówno kadrowe jak i rzeczowe. Wprowadziliśmy wtedy dodatkowe treningi poranne. To była super rzecz. Trzeba przyznać, że zawodnicy wykazywali się nie lada poświęceniem, bo w wieku 12-13 lat wstawali o 6 rano, żeby zrobić trening od 7.00 do 8.30. Dodatkowo panowała wtedy genialna atmosfera, przepełniona pracowitością i bardzo duża dawki zdrowej „szydery”. Każdy miał duży dystans do siebie i to budowało świetną, wesołą atmosferę. Wspominasz Marka Badowskiego i słusznie, bo Bunny (sam mu nadałem tą ksywę, w okresie Świąt Wielkanocnych od Easter Bunny’ego?) był na pewno wojownikiem od małego. Nie znosił porażek. Był bardzo pracowity i zapewne dalej taki jest. Ale do tej pracy trzeba go było jakoś zachęcać i ciągle motywować. Nie zawsze było łatwo, ale teraz czuję ogromną satysfakcję oglądając Marka dobierającego się do skóry najlepszym Europejczykom. I zawsze się pod nosem uśmiecham przypominając sobie jak wspólnie trenowaliśmy i „rozkminialiśmy” różne Bunnego rozterki. Zresztą to była najlepsza i najbardziej zgrana grupa z jaką kiedykolwiek pracowałem. Bunny to oczywiście najbardziej znana postać, ale w tej grupie było wiele ciekawych osób. Maciek Kotarski (wielokrotny medalista Mistrzostw Polski, niesamowicie ambitny i pracowity typ – teraz od kilku lat gra we Francji), Dominik Borowski, Krzysztof Bieniek, Czarek Dębski, potem dołączył jeszcze Rafał Sztuka. To była ekipa „do tańca i do różańca”, kiedy trzeba było ciężko pracować – pracowaliśmy, kiedy było trochę luzu to i tak spotykaliśmy się na hali. Grunt, że zawsze było sympatycznie, wesoło i w zasadzie miałem poczucie, że byliśmy bardzo zgraną ekipą, jak muszkieterowie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Z wychowanków o których jeszcze warto wspomnieć to Aleks Werecki. Był multimedalistą wszystkich kategorii wiekowych do kadeta włącznie. Szkoda, że jego losy nie potoczyły się inaczej i nie został przy tenisie stołowym. Ma przecież srebrny medal mistrzostw Europy kadetów z Patrykiem Zatówką. W pewnym momencie grupa w zasadzie samoistnie się rozpadła, jedni poszli do profesjonalnych ośrodków (Bunny, Kotara) inni skoncentrowali się na nauce. Klub też się bardzo mocno rozwijał i z ostatniej grupy, którą współtworzyłem od podstaw w Returnie gra jeszcze Bartek Szołkowski, Jasiu Należyty, Rafał Hresiukiewicz – im też mocno kibicuję i zawsze sprawdzam ich wyniki (tak jak zresztą wszystkich swoich wychowanków).

Jak wspominasz pracę z młodymi tenisistami stołowymi? Co charakteryzowało Twoją grupę treningową oraz cały UKS Return jako Klub?

To był piękny okres mojego życia. Zawsze będę go wspominał z łezką w oku. To była niesamowita przygoda, do każdego trzeba było jakoś dotrzeć indywidualnie, ale jednocześnie zadbać o to, żeby wszyscy dobrze funkcjonowali jako grupa. To co cechowało moich zawodników to nieustępliwość, walka i niesamowita ambicja. No i oczywiście emocje. Latające rakietki, płotki, łzy… Też szczęścia:) Po kilku latach się zastanawiam na ile ja miałem wpływ na te cechy, a na ile trafiła mi się taka grupa świetnych chłopaków. To co zawsze mi się będzie z Returnem kojarzyć to na pewno „szydera”, którą wprowadzaliśmy od samego początku pracując z najmłodszymi. Dzięki temu każdy miał do siebie duży dystans, umiał na siebie (i na kolegę) spojrzeć krytycznym okiem. Myślę, że to większości pomogło w późniejszym życiu. Mi na pewno. Fajne też było to, że grając w wielu turniejach bardzo dużo podróżowaliśmy razem i oprócz spraw czysto sportowych toczyliśmy szereg ciekawych dyskusji natury prywatnej, dużo też zwiedzaliśmy czy to w Polsce czy zagranicą. Pamiętam, jak kiedyś byliśmy na turnieju w Budapeszcie i wjeżdżając na hotelowy parking nie chciała się otworzyć bramka. Podpuściłem Bunnego (miał wtedy z 11-12 lat), poszedł do Pani recepcjonistki i nie wiem do tej pory jakim cudem, ale wytłumaczył, że brama się nie chce otworzyć. Pani przyszła otworzyła – no pełna profeska 🙂 Takich sytuacji było wiele. Na tym samym turnieju dwa razy otoczyliśmy Budapeszt, próbując się wydostać z obwodnicy – tak nas nawigacja kierowała. Aż w końcu wylądowała za oknem. Udało się wrócić. Fantastyczne były też obozy w Brennej. Generalnie bardzo się cieszę, że z większością mam jakiś kontakt i widzę, że wszyscy świetnie radzą sobie w życiu.

Od kilku lat zajmujesz się czymś innym i nie masz bezpośrednio styczności z tenisem stołowym. Wiemy jednak, że wciąż wykazujesz duże zainteresowanie dyscypliną. Jak oceniasz poziom polskiego tenisa stołowego, a także jak zapatrujesz się na lokalne działania klubu z Piaseczna?

Tak, to prawda nie jestem bezpośrednio zaangażowany w tenis stołowy – chociaż wciąż czynnie uprawiam sport. Teraz więcej biegam i tutaj realizuję swoje pasje sportowe. Cały czas jednak obserwuję to co się dzieje w tenisie stołowym, zarówno w skali makro i jak i mikro. W Polsce następuje zmiana pokoleniowa, liderami są młodzi jeszcze Jakub Dyjas i wspominany wielokrotnie Marek Badowski. Bardzo blisko są Samuel Kulczycki i Maciej Kubik. Mamy bardzo młodą i perspektywiczną drużynę, myślę że dostarczy nam ona wielu radosnych chwil. Już teraz ocierają się o medale (choćby na ostatnich Drużynowych Mistrzostwach Europy), wygrywają pojedyncze turnieje międzynarodowe. W dodatku Maciek i Samuel to jeszcze juniorzy, więc jest bardzo duży potencjał. Lokalnie z kolei widzę, że klub też się zmienił – jest bardzo dużo zawodników i tych młodszych i tych starszych. Dużo więcej niż gdy ja byłem trenerem. Z tego co widzę to znacznie więcej jest zajęć rekreacyjnych – amatorskich. Na pewno fantastyczną sprawą są cykliczne, organizowane z wielką pompą Turnieje o Grand Prix Piaseczna. Zawsze jest jakaś ciekawa osobistość związana z tenisem stołowym! Widzę też, że wciąż mamy zawodników na poziomie ogólnopolskim w różnych kategoriach wiekowych. To musi cieszyć, być może wyrośnie następca bądź następczyni Marka Badowskiego 🙂