O historii piaseczyńskiego tenisa stołowego, o budowie mistrzowskiego zespołu rozmawiamy z Markiem Zakrzewskim – byłym trenerem KS Piaseczno

Dzień dobry Panie Marku, przez wiele lat był Pan związany z tenisem stołowym w Piasecznie. Proszę opowiedzieć nam w jaki sposób doszło do pana współpracy z KS Piaseczno?

Gdyby nie LESZEK NOWACKI ,nie było by mnie w Piasecznie. Z Leszkiem spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo na turnieju w Brzegu Dolnym, gdzie grali prowadzeni przez nas kadeci. W drodze powrotnej, w pociągu zaczęliśmy rozmawiać o naszej dyscyplinie. Narzekaliśmy, jak to Polacy – On na brak wyników, bo drużynie z Piaseczna groził spadek z II Ligi, a ja na permanentny brak środków finansowych na zaawansowane szkolenie w mieście stołecznym. Dobiegał końca rok ’91 ubiegłego wieku. Nowackiego początkowo uważałem za oderwanego od rzeczywistości marzyciela, ale tak się złożyło, że jego pomysły pokrywały się z tym o czym sam marzyłem. Za namową Leszka w styczniu 1992 roku rozpocząłem pracę w Polkolorze, tak wówczas nazywał się klub z Piaseczna. Razem ze mną trafił do Piaseczna obiecujący Włodek Buczkowski i wspólnie z chłopakami, których dowoziłem na treningi z Józefowa udało się utrzymać drużynę w II lidze.

Okres Pana pracy zbiegł się z największymi sukcesami piaseczyńskiego tenisa stołowego. Drużyna zdobyła mistrzowskie tytuły, grała w europejskich pucharach. Co miało wpływ na tak silną drużynę?

Z perspektywy czasu swoje 5 lat w Piasecznie widzę w kategoriach chińskiej kuchni pięciu smaków. Głównie były to smaki : gorzki i słodki. Jako, że na świecie nie jest teraz wesoło, postaram się skupić na jaśniejszych czyt. słodszych. Do gry w Piasecznie przekonałem czołowych zawodników z Warszawy; Roberta Dąbrowskiego i Adama Szateckiego. Do Piaseczna trafili najlepsi juniorzy cenionych klubów stolicy, z którymi dwukrotnie zdobyliśmy Drużynowe Vice-Mistrzostwo Polski Juniorów. Czołową postacią tej drużyny był Filip Młynarski, który „przy okazji” zdobył tytuł indywidualnego Mistrza Polski Juniorów dorzucając tytuł w grze mieszanej i srebrny medal w deblu.

Te wyniki były możliwe dzięki zaangażowaniu doświadczonych seniorów do wspólnego trenowania z młodszymi zawodnikami. Trenowaliśmy 2-3 razy dziennie. Młodzi kontynuowali naukę w miejscowym liceum, a seniorzy mieszkali w pokoju klubowym usytuowanym na antresoli nad salą treningową. W Warszawie nie było szans na stworzenie takich warunków.

Po awansie do I ligi zasilił drużynę Kazach Juryj Jermołajew, którego do dzisiaj bardzo mile wspominam. Pamiętam, że podczas posiłków na meczach wyjazdowych Jura, do II dania obowiązkowo zamawiał chleb ,czym budził konsternację wśród obsługujących nas kelnerów. W składzie z Jurą Piaseczno awansowało do Ekstraklasy po dramatycznym meczu w Poznaniu z miejscowym Sanem.

Dzięki ciężkiej pracy i zaangażowaniu przez kilka lat udało się zmienić klub z Piaseczna z przeciętnego zespołu, któremu groził spadek z II ligi w zespół występujący w ekstraklasie. Jak wyglądały pierwsze sezony w najwyższej klasie rozgrywkowej?

Sezon 1995/1996 – KS Piaseczno w Ekstraklasie! Zdawałem sobie sprawę, że do utrzymania drużyny w Ekstraklasie konieczne są kolejne wzmocnienia. Dołączył bezpodstawnie zawieszony przez PZTS Artur Kalita, którego udało mi się błyskawicznie „odwiesić”. Wiedziałem, że na pierwszy stół potrzebujemy zawodnika silniejszego niż Jura, którego forma miała tendencję zniżkową. Jak się później okazało,jedną z przyczyn były poważne problemy zdrowotne. Na gorąco rozważałem sięgnięcie po zawodnika z Azji, a najlepiej z Chin. Kolejny raz uśmiechnęło się do mnie szczęście. Na turnieju w Ciechanowie spotkałem trenera z Chin, który znał kilka polskich słów. Wymieniliśmy grzecznościowe formuły i w efekcie Trener Miao skontaktował mnie z Xu Kaiem – pierwszym Chińczykiem w polskim tenisie stołowym! Kiedy Kai przyleciał do Polski byłem z ekipą z Piaseczna na obozie. Po przylocie został zakwaterowany w przyszkolnym internacie. Gdy z zespołem wróciliśmy z obozu, wznowiliśmy treningi w Piasecznie przygotowując się do nadchodzącego sezonu.

W pierwszym sezonie w Ekstraklasie walczyliśmy o utrzymanie, a ostatecznie skończyło się na wysokim IV miejscu. Zanim udało się to osiągnąć były momenty załamania, naszego lidera Xu Kaia również. Jako beniaminek pierwszy mecz w Piasecznie musieliśmy zagrać z mistrzem z poprzedniego sezonu Euromirexem z Radomia, w którego barwach występowała czołówka polskich graczy. Dostaliśmy solidne manto, a Kai chciał wracać do Chin, bo stracił wiarę w swoje umiejętności. Na szczęście wyjechał nie do Chin, tylko do Tarnobrzega, gdzie pracował i mieszkał jego chiński trener Miao z rodziną.Jakoś wspólnie udało nam się namówić Kaia do powrotu. Jak już wspominałem,utrzymaliśmy się w najwyższej klasie rozgrywkowej. W kolejnym sezonie drużynę wzmocnił aktualny trener Bogorii Tomasz Redzimski,a Xu Kai po okresie aklimatyzacji w naszym kraju zaczął regularnie wygrywać z zawodnikami z polskiej kadry. Dzięki temu w sezonie 1996/97 KS Piaseczno świętowało Mistrzostwo Polski!

Ściągnięcie zawodnika z Chin do naszego kraju było wydarzeniem bez precedensu. Mógłby Pan przybliżyć nam jak wyglądały pierwsze miesiące Kaia w naszym kraju?

Jak już wspomniałem po przylocie do Piaseczna, Kai zamieszkał w pokoju w internacie. Nasz nowy nabytek przychodził na treningi, podczas których demonstrował nieprzeciętne umiejętności. Był jednak jakiś osowiały, smutny, aż w końcu powiedział, że chce wracać do Chin. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Obaj słabo mówiliśmy po angielsku, a wtedy to był jedyny sposób wymiany informacji (z czasem Kai nauczył się polskiego). Okazało się, że poważnym problemem są warunki panujące w internacie. Myślałem, że może nasz gość przesadza ,bo przecież Kazach jakoś dał radę tam mieszkać. Teraz sytuacja była dramatyczna,bo Kai spakował już walizki. Pojechałem z nim do internatu, trafiliśmy akurat na kolację. Na stołówce było okienko z opuszczaną klapą. Klapa podniosła się i wyjechał talerz, a na nim kawałek kaszanki i musztarda. Talerz wepchnąłem z powrotem do okienka i opuściłem klapę… Pokoju Kaia nie musiałem już nawet oglądać – dałem mu trzy możliwości: mieszkanie w hotelu, w pokoju klubowym (w którym po pół rocznej aklimatyzacji zamieszkał) bądź u mnie w Górze Kalwarii, gdzie właśnie zamieszkałem w wynajętym, dwupokojowym mieszkaniu. Kai zdecydował się zamieszkać u nas. Niestety,mieszkanie nie dość,że małe i w stanie surowym musiało pomieścić mnie, moją wspaniałą,wyrozumiałą żonę,naszą kilkuletnią córkę Ewę, boksera o imieniu Fido…no i gościa z Azji. Mimo tych,trudnych warunków z wielkim sentymentem wspominam ten czas, kiedy po meczu lub treningu siadaliśmy z Kajem w kuchni i obłożeni słownikami rozmawialiśmy – najczęściej o tenisie stołowym.

W kolejnym sezonie zespół z Piaseczna ponownie okazał się najlepszy w kraju. Występował także w europejskich pucharach. Michał Sawicki wspominał o meczu z TTC Zugbrucke Grenzau w barwach, którego występował Andrzej Grubba. Jak pamięta pan tamten sezon i to konkretne spotkanie?

Jeśli chodzi o mecz pucharowy ETTU Nancy Evans pomiędzy KS Piaseczno ,a niemieckim zespołem TTC Zugbrucke Grenzau to pamiętam,że było to prawdziwe święto tenisa stołowego na skalę daleko przekraczającą nasze wyobrażenia o takim wydarzeniu. Nie obyło się bez potknięć organizacyjnych. Okazało się, że sala na stadionie w Piasecznie nie jest w stanie pomieścić takiej liczby ludzi. Było chyba z 500 osób. Oprócz trybun, kibice stali na balkonie sali, siedzieli na oknach itp. Polski sędzia klasy międzynarodowej niestety nie mówił po niemiecku. Sytuację uratowała asystentka jednego z piaseczyńskich sponsorów,która biegle władała językiem naszych gości. Sportowo nie było różowo, bo przegraliśmy 0:4, ale w składzie ekipy gości oprócz Andrzeja Grubby wystąpił były Mistrz Świata i brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich w Atlancie Chińczyk Wang Tao oraz Belg Andreas Podpinka. Mimo przegranej mecz dostarczył sporo emocji, bo oprócz gry wspomnianego Wang Tao z Marcinem Kusińskim pozostałe pojedynki były raczej wyrównane i decydujące punkty Goście zdobywali w końcówkach. Tomek Redzimski omal nie wygrał z Andrzejem Grubbą – w trzecim, decydującym secie cały czas prowadził, ale końcówka należała do Andrzeja i skończyło się na 21:18. Nasz Chińczyk Xu Kai miał w drugim secie Podpinkę i przy 19:19 przestrzelił łatwego topspina. Nasz debel Redzimski-Kusiński uległ gościom 1:2. Czy mogło być lepiej? Na pewno można było uniknąć paru organizacyjnych potknięć. Dla przykładu rozmowy z telewizją ogólnopolską utknęły w martwym punkcie i transmisja była jedynie w paśmie regionalnym. Z WOT-em (ówczesna telewizja regionalna) mieliśmy zresztą bardzo dobre kontakty, ekipa regularnie była na naszych meczach ligowych. Myślę, że przy okazji tego wydarzenia można było więcej ugrać dla tenisa stołowego w Piasecznie.

Dla mnie w tenisie stołowym w tamtym czasie Piaseczno nie leżało pod Warszawą tylko Warszawa pod Piasecznem. Muszę przyznać,że jestem trochę staroświecki i późniejsza przebudowa klubu z miejscowego na armię zaciężną nie leżała w mojej naturze.Aktualnie większość klubów naszej Superligi tak działa, bo to trend ogólnoświatowy. Takie czasy. Ja identyfikowałem się z klubem (nie tylko z Piaseczna), w którym mogłem szkolić młodych zawodników i mieć na miejscu wartościowych seniorów,którzy swoim udziałem w treningach stanowią tzw.wartość dodaną.